Jabłkiem w głowę! Krótkie spotkanie z Bretanią w Rennes

wtorek, 16 grudnia 2014

Rennes to stolica Bretanii, regionu Francji, na który składają się poszarpane wybrzeża wzdłuż kanału La Manche na północy i Oceanu Atlantyckiego na południu. 
Dlaczego tak bardzo chciałam zobaczyć to miasto? Powód był jeden – opowieści Francuzów. Zupełnie inna Francja - mówili - Wyjątkowa architektura. Warto odwiedzić! Po takiej reklamie nie zniechęciły mnie głosy spotkanych po drodze ludzi, którzy tak oto kwitowali mój entuzjazm- W Rennes nie ma nic nadzwyczajnego.
 
Rennes
Michelle, nasza hostka, okazała się być śliczną Azjatką (mieć takie długie, czarne, piękne włosy - marzenie!), pochodzącą z Tajwanu, przebywającą obecnie w Rennes na jakimś programie w ramach wymiany studenckiej. Miałyśmy szczęście, bo tego dnia wróciła z podróży z Włoch - dzięki temu miałyśmy możliwość przenocowania w jej mieszkaniu. 

Michelle to sympatyczna dziewczyna, z którą jednak nie udało się spędzić tyle czasu, ile byśmy chciały. Podobnie jak my była zmęczona po podróży- poza tym na głowie ciążyła jej jeszcze jakaś praca do napisania na poniedziałkowe zajęcia. Dlatego po niedługiej rozmowie położyłyśmy się wszystkie spać, bo w planach była wczesna pobudka, zwiedzanie miasta i powrót do Bordeaux.

Pierwszy raz spędziłam 1 listopada inaczej niż stojąc nad malutkim grobem z moją rodziną. Dziwne uczucie, ale.. kiedy przechadzałyśmy się opustoszałymi ulicami Rennes, jakoś nie odczuwałam, że jest święto zmarłych i cała Polska okupuje właśnie cmentarze, by wspólnie z najbliższymi zapalić znicz ku czci pamięci tych, którzy już odeszli. We Francji część sklepów zamknięta, to fakt (nim wytłumaczyłyśmy zdziwionej Michelle, dlaczego są zamknięte i że nie jest to tylko z powodu wczesnej godziny i soboty, upłynęło sporo czasu- dziewczyna była zdziwiona, gdy powiedziałyśmy jej, że w Polsce mamy takie święto), ale nie obchodzi się tutaj dnia zmarłych tak intensywnie jak u nas. Dowodem może być też Francuz, który mocno się dziwił, gdy opowiadałam mu o polskiej tradycji, zapewniając za chwilę bardzo przekonująco, że jeżeli tylko chcę, to naturalnie, on może pójść ze mną na cmentarz! (podobnie się dziwił, gdy powiedziałam, że chodzę do kościoła).

Wyludnione miasto
Szare, mżące, puste, chłodne Rennes- taki obraz mam w pamięci, gdy myślę o naszym porannym spacerze ulicami miasta. Michelle pokazała nam stare miasto, wąskie uliczki, najważniejsze place i Parlament Bretanii (sama nie wiedząc o tym, co właśnie nam pokazuje:)).

Charakterystyczne" domki" w Rennes


Nie wiem czy wynikało to z tego, że niedługo zabawiłyśmy z Rennes, ale z miejsc, które odwiedziłyśmy we Francji, Rennes podobało mi się najmniej. Architektura- owszem, ciekawa, ale nie określiłabym jej słowem „fenomenalna”. Zaskoczeniem były palmy, których akurat na północy Francji nie spodziewałam się zobaczyć- myślałam, że to specjalność Akwitanii i Bordeaux :).


Po południu pożegnałyśmy się z Michelle, wsiadłyśmy w metro i ruszyłyśmy w stronę wylotówki- uwaga! - nie gubiąc się wcale :). Standardowy posiłek w Macu ( a niech to, burżuja), kartka, kciuk, strzępki uśmiechu i wiara, że jakiś najedzony (=szczęśliwy) człowiek się zlituje i zabierze nas wyjeżdżając z Maca. 
Bordeaux-Rennes- około 470 km.

Postałyśmy może z dziesięć minut, po czym mknęłyśmy już, niemalże do samiutkiego Nantes, z dwoma młodymi Francuzkami u boku. Dziewczyny były bardzo pomocne- chyba z dziesięć minut jeździły po obrzeżach miasta, aby zostawić nas na dobrej wylotówce w stronę Bordeaux. 


Położenie- świetne. Wyjazd wprost na Bordeaux, miejsce do zatrzymania się. Musiałyśmy jednak trochę poczekać (i pośpiewać!) do czasu, aż zatrzymał się Marok, prowadzący z nami luźną pogawędkę, nie przejmując się wcale tym, że stoi na środku drogi (kawałek dalej miał pobocze), że ludzie na niego trąbią i że blokuje wszystkim drogę ( my stresowałyśmy się bardziej niż on, dlatego nie zastanawiając się zbyt długo, szybko zapakowałyśmy się do samochodu). 


Najlepszy twórca napisów ever!
Marok podwiózł nas zaledwie kawałek, po czym wyrażając nadzieję na wspólną imprezę w Bordeaux, wyrzucił nas na jakiejś stacji, gdzie po około pięciu minutach złapałyśmy milczącą parkę wracającą z wakacji z Brestu, jadącą prawie do samego Bordeaux. Tego dnia stop działał wyśmienicie! Parka zostawiła nas na dużej stacji, jakieś 40 km od celu. Gdy stanęłyśmy przy wyjeździe szybko zatrzymał się duży bus, który podwiózł nas na stację w Bordeaux. Chwilę później przeklinałam odmowę podwiezienia nas do centrum ( nie chciałam żeby nasi kierowcy zjeżdżali z trasy, choć tak nalegali..), bo mimo że w Bordeaux, byłyśmy na takich obrzeżach, że upłynęły prawie dwie godziny, zanim przemaszerowałyśmy przez jakieś pole, most, aby w końcu znaleźć się wśród cywilizacji i dotrzeć do jakiegokolwiek środka transportu publicznego,który zawiezie nas do Pessacu :). Zmęczone, ale i szczęśliwe, wróciłyśmy do akademikowych pokojów, łapiąc jednak za chwilę dołek, że oto właśnie nasza przygoda dobiegła końca. Spać położyłam się z głową pełną wrażeń, ale jednak z poczuciem niedosytu- chyba prawdą jest, że apetyt rośnie w miarę jedzenia.

Ze smutkiem patrzyłam, samotna, na cztery ściany pokoju i pomyślałam, że.. coś się zmieniło we mnie na tyle, że teraz każdy powrót po jakiejkolwiek podróży, będzie uświadamiał mi, jak wiele jeszcze chciałabym zobaczyć i ile wspaniałych miejsc na mnie czeka.

Nie jest to dobre, gdy chcąc nie chcąc, trzeba wrócić do zobowiązań, co do których zaczynasz się zastanawiać, czy faktycznie są dla Ciebie wciąż tak samo istotne jak przed olśnieniem, które.. spadło na Ciebie równie niespodziewanie jak jabłko na głowę Newtona.

fot. EAST NEWS


2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Ale amatorszczyzna- napis na kartce, c'est scandaleux! Nata, ten gostek nie był Marokiem! Mam go zapisanego jako Nicolas, więc to raczej Francuz, zresztą nie wyglądał na Maroka. Nic nie napisałaś o swoim strachu w czasie ostatniej podwózki i nie oberwało mi się za kolejne ryzyko, to dobrze :)
A Rennes średnie w porównaniu z innymi miejscami, Michell miała rację, że 2 h na zwiedzenie miasta wystarczą.

Natalia Z pisze...

Dla mnie Marok, ewidentnie! Nie znasz się, może i nazywać się Pierre i być Marokiem - to niczemu nie przeszkadza:D. Co do strachu w który nas pakujesz- już się po prostu przyzwyczaiłam :).

Prześlij komentarz