Perła północy – czyli tirem w stronę hiszpańskiego San Sebastian!

wtorek, 14 października 2014

Hiszpańska Donastia- San Sebastian
San Sebastian to stolica hiszpańskiej prowincji Gipuzkoa w Kraju Basków, położona w północno-wschodniej Hiszpanii nad Zatoką Biskajską, tuż przy granicy z Francją.  
Trudno sobie wyobrazić piękniejsze położenie miasta. San Sebastián wciśnięte jest bowiem między morze i góry, nad półkolistą zatoką La Concha, czyli po hiszpańsku - "Muszla”.




Początkowo plan był taki: zobaczyć francuskie pays basques – głównie nastawiałyśmy się na Biarritz i Bayonne. Jednak gdy przypomniałam sobie drogowskazy, które widziałam podczas poprzednich podróży i rady Stephanie, z którą jechałyśmy do Arcachon, w głowie zaczęła migać mi Hiszpania. Pourquoi pas?! Do granicy z Hiszpanią z Bordeaux nie jest daleko (do samego San Sebastian około 240 km), dlatego pomyślałam, że szkoda byłoby nie wykorzystać bliskości jej położenia, tym bardziej, że nigdy nie miałam okazji się z nią zetknąć.

Od samego rana jednak wszystko szło nie tak jak trzeba. Wydawało nam się, że wiemy, gdzie jest odpowiednia wylotówka- jednak jak to często bywa w takich sytuacjach, bardzo się pomyliłyśmy.Straciłyśmy mnóstwo czasu na błądzenie po obrzeżach Bordeaux, bo mimo że znalazłyśmy autostradę, to nie było dobrego miejsca do stopowania. Przez chwilę myślałam, że lepiej będzie jak wrócę do akademika i położę się spać. Jednak na szczęście spróbowałyśmy (miejsce do stopowania było śmieszne, ale nie miałyśmy już siły szukać lepszego), zatrzymał się starszy pan i wywiózł nas … w stronę Hiszpanii, to fakt, ale w kierunku przeciwnym do San Sebastian. Wyobrażacie to sobie? Zamiast przybliżyć się do celu, my się od niego oddaliłyśmy. Z opresji wybawił nas sympatyczny, młody Francuz z którym... wróciłyśmy prawie że do samego Bordeaux. O ironio! Wiem, to śmieszne, ale niestety to prawda. Jednak nadrobił dla nas parę kilometrów i zostawił nas w idealnym miejscu do stopowania. Ledwo wyciągnęłyśmy kartkę (nie zdążyłam nawet nadgryźć kawałka bagietki), a już zatrzymał się olbrzymi tir z Hiszpanem w średnim wieku, który jechał do miejscowości położonej 10km od San Sebastian. To chyba była nagroda za wcześniejsze niepowodzenia, albo przeznaczenie ( dzięki pobytowi we Francji i kilku sytuacjom, które mnie tu spotkały, coraz częściej zaczynam wierzyć, że coś takiego faktycznie może istnieć). Pierwsza podróż tirem w moim życiu minęła w rytmach hiszpańskich szantów, bo niestety pan nie mówił ani po francusku ani po angielsku- jedyny sposób komunikacji między nami to był język migowy. Jednak miło ją wspominam- podczas gdy Natala odsypiała z tyłu naszą wczesną pobudkę, ja, siedząc z przodu, cieszyłam się podróżą w stronę hiszpańskiego słońca, słuchając hiszpańskiej muzyki, czując klimat południa, podziwiając przepiękne widoki zza okna, uśmiechając się do Hiszpana, gdy ten nucił sobie coś pod nosem. Później było już trochę gorzej, bo kilka kilometrów do celu podwiózł nas zbzikowany Hiszpan, słuchający na cały regulator hiszpańskiego techno-popu (to było straszne), składając eee, nieco dziwne propozycje. Nie był jednak groźny, zrobił nam objazdową wycieczkę wzdłuż plaży w San Sebastian po czym w końcu (!) mogłyśmy wysiąść w centrum miasteczka, ucałować ziemię i rozpocząć zwiedzanie.

Pierwsze spostrzeżenia? To moje miejsce. Nie, inaczej. To mój krajobraz. Samo miasto- nie. Miasto pełne turystów, żyjące.. szybko i intensywnie.

San Sebastián usytuowane jest nad półkolistą zatoką La Concha, a po obu jej stronach wznoszą się dwa wzgórza: po prawej Monte Urgull, a po lewej Monte Igeldo. Pomiędzy nimi, u wyjścia z zatoki, leży wysepka Santa Clara
 
San Sebastian- zdjęcie satelitarne (foto-google)

Wędrówkę rozpoczęłyśmy od wspięcia się na wzgórze Monte Urgull, nad którym góruje majestatyczny, trzydziestometrowy Chrystus, ogarniający zasięgiem swojego wzroku całą tę malowniczą okolicę. Wzgórze było kiedyś punktem strategicznym w licznych wojnach, o czym przypomina twierdza Santa Cruz de la Mota pochodząca z XII wieku. Na wzgórzu znajduje się również cmentarz poświęcony Anglikom, którzy przyszli z odsieczą do okupowanego przez Napoleona miasta. 


Na wzgórzu znajduje się też małe muzeum- ekspozycja z różnymi, morskimi, hiszpańskimi ciekawostkami. Całe wzgórze przykryte jest koronami parku miejskiego, w którym podczas naszego pobytu odbywał się festyn miejski. Dlatego po ciężkiej wspinaczce, zmęczone palącym słońcem, odpoczęłyśmy w cieniu drzew słuchając lekkiej, rockowej muzyki, chyba jakiegoś niszowego, męskiego zespołu, ciesząc oko jego wokalistami, mając rozkminy na miarę piętnastoletnich gimnazjalistek. Witajcie w Hiszpanii! 


Podczas wspinaczki na wzgórze
Widok na bazylikę










Ekspozycje pod twierdzą Monte Urgull








Kolejny cel wędrówki: poczuć klimat miasta! Spacer licznymi, wąskimi, bardzo zatłoczonymi uliczkami- tutaj nawet krzykliwi turyści nadawali pozytywnego klimatu temu tętniącemu życiem miasteczku. Przepełnione barami, kawiarenkami San Sebastian sprawia wrażenie.. modnego miasta. Tak, myślę, że to dobre określenie. I o ile może mieć ono wydźwięk negatywny, tak w przypadku tej perły północy, muszę stwierdzić, że... wcale mi to nie przeszkadza. Czasami człowiek potrzebuje zaszaleć, i wtedy to właśnie powinien udać się do takiego miejsca. Poczuć tętniące miasto, po czym uspokoić duszę przepiękną malowniczą okolicą wpatrując się w nieosiągalne górskie szczyty i wodę o niebiańskim kolorze. Gdyby wyobrazić sobie, że wszystkich ludzi wymiótł z tego miasta jakiś szaleńczy huragan, można się zacząć zastanawiać, czy oby przypadkiem nie trafiło się do raju.







O ile w przypadku Carcassonne miałam spory niedosyt w zwiedzaniu, tutaj nie było podobnego wrażenia. Zobaczyłyśmy chyba wszystko, to co było warte zobaczenia. Kościoły- przepiękne. Wędrówka niesamowitą trasą z jednej plaży na drugą górskim zboczem z widokiem na zatokę nocą- zaliczona. Wino na plaży i ukołysanie do snu szumem fal- zaliczone.




Plac konstytucji







Jeden z najstarszych kościołów w mieście - San Vicente


A po drugiej stronie Monte Urgull...







Most - Maria Cristina
Neogotycka Katedra Dobrego Pasterza

Dopiero po zmroku zaczyna się tu prawdziwe życie!
Czerwony dywan- przesada? Tak! Ale nie w San Sebastian!

Najgorsze wspomnienie z tego krótkiego pobytu w Hiszpanii? Przykro to pisać, ale to... sami Hiszpanie. Podczas tej wycieczki, poza uprzejmym kierowcą tira, nie spotkałyśmy normalnego faceta-Hiszpana. Poza tym, że Hiszpanom trzeba przyznać, że są przystojni (tam widziałam faceta swojego życia! Niestety, miał dziewczynę), to jednak rozmowy z tymi, których spotkałyśmy, należy jak najszybciej wymazać z pamięci.

Następnego dnia, po ciężkim, obolałym poranku, śniadaniu i ostatniej wędrówce po śpiącym jeszcze centrum San Sebastian- niesamowicie brudnym po intensywnej, turystycznej nocy, przyszło nam ruszyć w "ulubionym" kierunku- w poszukiwaniu wylotówki.
I tym razem Hiszpania dała nam lekko w kość- zanim wsiadłyśmy do samochodu z dwoma przystojniakami (nie Hiszpanami, a Francuzami - na szczęście!), którzy podwieźli nas w stronę Biarritz, przyszło nam czekać w wyciągniętym kciukiem w nie aż takim najgorszym miejscu (bywało gorzej) kilka godzin. Myślę, że nie zaskoczy was fakt, że z ulgą wróciłyśmy do Francji, która po zetknięciu z nieco dziką dla nas Hiszpanią, na tamten moment wydawała nam się być ziemią obiecaną- jakkolwiek przesadnie to teraz brzmi ;).

W tamtym dniu jednak wynagrodziłam sobie wszystkie niepowodzenia jednym z piękniejszych krajobrazów, jakie do tej pory miałam okazję widzieć w życiu- o Biarritz opowiem wam jednak za kilka dni.
Do usłyszenia kochani!

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

Nata spotkała Hiszpana swojego życia w San Sebastian, za to ja w drodze do La Rochelle- co z tego że obydwoje są zajęci?! :D Chciałam jeszcze sprostować, że nie spałam w tirze, jedynie się położyłam!

Anonimowy pisze...

Ej, ten drugi był pierwszym facetem mojego życia, nie zapomniałam o rzęsach, pas du tout! ;) spałaś, nawet pan się z ciebie śmiał, a ty niczego nie byłaś świadoma :)

Anonimowy pisze...

Ty też spałaś :) A Pan nalegał żebym się położyła, więc pourqoui pas?

Prześlij komentarz